Rywal Pawła Kołodzieja: Do Polski przylatuje Rocky!

15.11.2012 / Paweł Kołodziej / Boks

– Jestem jak Rocky, który ciągle miał przegrywać, ale potrafił zwyciężać – tak trochę na przekór wszystkim i wszystkiemu. Tak jak mówisz, jeszcze dwa lata temu nikt nie wiedział, że istnieję, a teraz jestem o jedno zwycięstwo od pojedynku o tytuł mistrza świata – mówi Garrett Wilson (13-5, 7 KO), który 8 grudnia w Katowicach walczyć będzie z niepokonanym na zawodowych ringach Pawłem Kołodziejem z Trec Team (30-0, 17 KO) o pozycję obowiązkowego challengera do walki o tytuł mistrza świata International Boxing Federation wagi junior ciężkiej. – Kiedy już wygram z Kołodziejem, a potem odbiorę tytuł Hernandezowi, to zaliczę waszego innego mistrza, Włodarczyka – mówi pięściarz z Filadelfii o bojowym pseudonimem „Ultimate Warrior”.

– Co się zmieniło w twoim życiu dwa lata, że z dobieranego na ring dlatego, że dobrze wygląda przeciwnika, zmieniłeś się w challengera?
Garrett Wilson: Ja się zmieniłem i to było najważniejsze. Przedtem walczyłem tylko dla pieniędzy. To była łatwa droga, bez wysiłku, można była zarobić parę niezłych dolarów. Z takim samym nastawieniem jak wychodziłem na ring trenowałem, czyli stałem w miejscu. Przełomowa walka była z Andresem Taylorem, który na ringu wtedy przegrał tylko raz. Dowiedziałem się o tej walce 48 godzin wcześniej, wziąłem ją z marszu i trzeba było sędziowskich sztuczek, żeby dać mu remis. Uwierzyłem w siebie, zobaczyłem jak dobrym bokserem mogę być, trenując tylko czasami, kiedy mi się chciało. Pomyślałem, że spróbuje dawać z siebie wszystko, zobaczyłem szansę, była motywacja. To w sumie proste. Jestem jak Rocky, który ciągle miał przegrywać, ale potrafił zwyciężać tak trochę na przekór wszystkim i wszystkiemu. Tak jak mówisz, jeszcze dwa lata temu nikt nie wiedział, że istnieję, a teraz jestem jedno zwycięstwo od pojedynku o tytuł mistrza świata.

– W następnej walce, z Aaronem Williamsem, miałeś przegrać. Tylko, że nikt jemu nie powiedział, że walczy już z inną wersją Garretta Wilsona.
Dokładnie, wersją ulepszoną. Po tym nokaucie na kimś, kto miał za sobą pojedynki z zawodnikami elity junior ciężkiej, już kilku ludzi z branży zaczęło patrzeć na mnie inaczej, ale ani w walce z Sheiką czy też w pojedynku o tytuł USBA z Chuckiem Mussachio, faworytem nie byłem. Ta ostatnia, o której mówię, to był drugi etap wierzenia w siebie. Poświęciłem wszystko boksowi, i to zaczęło dawać rezultaty, bo miałem pierwszy pas. W kwietniu odbiłem sobie rewanż z Taylorem nokautując go w dwunastej rundzie. Mogłem wcześniej, ale chciałem po przedtem trochę poobijać, żeby bardziej poczuł, bo byłem ciągle zły za ten remis. Po walce powiedział, że byłem zupełnie innym pięściarzem niż kiedy biliśmy się dwa lata temu.

– Paweł Kołodziej będzie od ciebie wyższy, ma więcej nokautów niż ty wygranych walk. I będziesz walczył u niego w domu – w Polsce. Pierwsza myśl, kiedy usłyszałeś, że lecisz za Ocean?
Rewelacja! Poważnie, bardzo się ucieszyłem nawet nie wiedząc, z kim będę walczył. Nie to, że nie mam respektu dla Pawła – ja szanuję każdego, zwłaszcza kogoś, kto jeszcze nie przegrał. Ale mnie takie rzeczy tylko dopingują, a widziałeś co potrafię, jak tylko chcę. Nie wiem, jak Kołodziej będzie się na mnie przygotowywał, bo ja nie mam jednego stylu na który można się ustawić. Trenowałem z Yusafem Mackiem, trenuję ze Steve Cunninghamem, będę gotowy na każdy przebieg walki w Polsce, bo ekipa z Filadelfii zawsze się trzyma razem. Jak trzeba, to znokautuję jednym ciosem. Jak nie, to lubię bić z kontry, albo mieszać w półdystansie. Gdybym miał siebie opisać, to zawsze się potrafiłem się szybko dostosować do tego co się dzieje na ringu, robię to, co się dla mnie sprawdza. Nie wpadam w panikę, tylko patrzę co robi rywalowi największą krzywdę. Tak też będzie 8 grudnia z Kołodziejem. Będzie Rocky.

 

 

Źródło: ringpolska.pl, dostęp: 15.11.2012